15:41

Świat zza krat

Świat zza krat
Schronisko. Ludzie słysząc ten termin mają różne skojarzenia, zarówno dobre, jak i złe. Zapytałam kilkunastu znajomych z czym oni kojarzą to miejsce - pisałam przede wszystkim do ludzi, którzy nie są w jakikolwiek sposób związani ze schroniskiem, nie są wolontariuszami. Oto jakie odpowiedzi dostałam: zimne, betonowe boksy, ujadanie setek psów, tymczasowy dom - zbyt często do końca, miliony śmierci rocznie w wyniku eutanazji na świecie, kraty, łańcuchy, nieznośny hałas, chęć pomocy, ale strach przed pójściem do takiego miejsca, zbiórki jedzenia, pieniędzy i rzeczy dla zwierzaków, spacery z psami, smutne psy, cierpienie zwierząt, które nie mają kochającego właściciela, wredni pracownicy, psy, koty, pomaganie zwierzętom, smycz, smutek, smutne oczy. Niektóre rzeczy się powtarzają często, inne rzadziej. Bez problemu można zauważyć, że zdecydowaną przewagę stanowią skojarzenia negatywne, bo - nie ukrywajmy - schronisko to nie miejsce, w którym jakikolwiek pies powinien przebywać. Informacje, którymi będę posługiwała się w poście to głównie moje doświadczenia z wolontariatu i opinie ludzi, którzy są w jakikolwiek sposób związani ze schroniskami. 


Pomagać w miejskim schronisku zaczęłam jakoś na przełomie drugiej i trzeciej klasy gimnazjum, cztery lata temu. W roku szkolnym zazwyczaj jeździłam tam raz w tygodniu (w sobotę lub niedzielę) na kilka godzin, najczęściej od 8 do 13. Moim zadaniem wtedy było przede wszystkim wyprowadzanie psów na spacer, czasami jakaś drobna pomoc na terenie schroniska. Na początku poznałam bardzo kompetentną behawiorystkę, która była tam prawie codziennie z własnej woli (mimo posiadania również własnej pracy zarobkowej) i pomagała psiakom. Posiada ogromną wiedzę na temat psów i ich zachowań, więc pracowała z psami agresywnymi czy lękliwymi i starała się rozwiązywać problemy czworonogów na tyle, na ile było to możliwe na terenie schroniska. Stworzyła też boks eksperymentalny, o którym może słyszeliście - jeżeli nie, polecam obejrzeć ten filmik [klik]. Poza nią w schronisku było też sporo wolontariuszy w różnym wieku, którzy na własną rękę szukali psiakom domów, leczyli psy, które tego potrzebowały, zabierali je do specjalistów z innych miast. Pracownicy jak to pracownicy, niektórzy mili, inni przychodzili tam jakby za karę, byle zrobić robotę i dostać wypłatę. Dzięki obecności sporej liczby wolontariuszy, niektóre psy codziennie wychodziły na spacery (a psów było ponad sto), starano się, aby każdy z podopiecznych miał zapewniony dzienny ruch, chociażby na wybiegu, jeżeli nie było wystarczająco osób do wyprowadzania, szczególnie w dni robocze. Ludzie bez problemu mogli przynosić dary - karmę, pluszaki (szczególnie dla szczeniąt), koce, smycze. Niektórych rzeczy czasami brakowało, ale nie było tragicznie - niektórzy przynosili własne smycze na spacery (ja np. miałam jedną starą po Wilsonie i drugą, kupioną na giełdzie za jakieś grosze), bo tych schroniskowych często nie było ze względu na to, że akurat sporo psów było wyprowadzanych albo ktoś "przypadkowo" wziął jakąś do domu. No cóż, ludzie są różni. Były konflikty, jasne, ale większości przyświecał jeden cel - zrobić wszystko, żeby chociaż odrobinę polepszyć życie mieszkającym tam czworonogom. Brzmi prawie jak dobre schronisko, tzn. takie, które w miarę możliwości zapewnia jakieś warunki do życia, prawda?


Z czasem było coraz gorzej. Coraz więcej konfliktów wolontariusze-pracownicy, coraz więcej problemów. Z początkiem 2016 pojawił się nowy zarząd, a co za tym idzie - nowy regulamin. Wiecie jak to jest, kiedy chcecie pomagać, ale ktoś inny tego nie chce i Wam to uniemożliwia? Jeżeli nie - możecie się cieszyć. Wolontariat od osiemnastego roku życia, tylko określone godziny, w których wolontariusze mogą przebywać na terenie schroniska (a nie jak wcześniej, w godzinach jego otwarcia), ograniczona możliwa ilość wolontariuszy (6) na terenie ośrodka w tym samym czasie to jedne z niewielu zapisów, które pojawiły się pośród najnowszych przepisów. Zarówno mi, jak i mojej znajomej do osiemnastych urodzin brakowało kilku miesięcy i z tego powodu zostałyśmy wyrzucone z wolontariatu, pomimo kilku lat "pracy" i znajomości tych psów. Wiedziałyśmy, jak z większością trzeba się obchodzić, których psów nie powinnyśmy samemu wyprowadzać, które są agresywne do ludzi, a które do innych psów oraz które przy powrocie do boksu mogą się bronić i np. próbować chwytać człowieka za rękę. Ograniczona liczba wolontariuszy drastycznie ograniczyła liczbę psów wychodzących dziennie na spacery, bo do dyspozycji osób przychodzących były jedynie cztery godziny dziennie. Dodatkowo były (i są nadal) to taki godziny, w których większość osób jest w szkole/pracy. I tak, jeżeli przyszedłeś, a na terenie była już wyznaczona liczba osób to nic nie mogłeś zrobić, jedynie wrócić do domu. Kobieta o której pisałam wyżej i która poświęcała swój wolny czas na pracę z tymi psami została z wolontariatu wyrzucona, ponieważ...chciała pomagać, leczyć psy na własną rękę (bo inaczej nie mogły liczyć na jakąkolwiek pomoc) i nie bała się mówić o tym co dzieje się za zamkniętymi drzwiami, a boks eksperymentalny został całkowicie zniszczony. Wielu starych wolontariuszy również straciło możliwość bycia przy psach, niektórym tylko udało się wrócić. Powyrzucano wszelkie miękkie legowiska i koce oraz materace. Pies z ciężko chorym kręgosłupem zamiast na materacu mógł sobie spać na zimnej betonowej podłodze, bo do budy nie był w stanie wejść. Zima 2015/2016. Zamarznięta woda w miskach. Czy wolontariusz może ją wymienić? Odpowiedź wydaje się oczywista, przecież to tylko woda. Otóż nie, nie mógł. Zasikana słoma w budzie lub jej brak? Trzeba czekać, aż pracownik się zainteresuje. Jedynymi momentami, w których te zwierzęta mogły odetchnąć były właśnie spacery z wolontariuszami, których ilość tak spadła. Wolontariusze nadal ogłaszali psy, starali się jak najszybciej znaleźć im domy, jednak niektóre adopcje były znacznie utrudniane. Byłam świadkiem sytuacji (przebywałam wtedy na terenie schroniska, żeby móc przywitać się z psami chociaż przez kraty), w której jacyś państwo szukali psa dla siebie. Przyglądali się jednej suczce, więc wolontariusz znający tego psa podszedł do nich i zaczął odpowiadać na ich pytania oraz opowiadać im o psie, co wydaje się całkiem normalnie, prawda? Zmniejsza ryzyko nieudanej adopcji. Chwilę później przyszła pracownica, która po pierwsze nakrzyczała na wolontariusza, a po drugie kazała państwu "nie słuchać, bo ona chętnie opowie o psie", chociaż jedyny kontakt jaki z tym psem miała to przy sprzątaniu boksu i roznoszeniu jedzenia. Ci ludzie przyjechali wtedy z dosyć daleka, przejechali około stu kilometrów i szukali psa też w innych schroniskach. Logiczne jest, że pracownikowi powinno zależeć na tym, żeby to właśnie z tego schronisko adoptowali czworonoga, a państwo zostali poinformowani, że mogą wrócić na wiosnę, tylko proszeni są o wcześniejsze umówienie terminu, żeby kierownik był w schronisku (a kierownika w schronisku nie było prawie nigdy, więc adopcja psa graniczyła z cudem). Później Ci państwo telefonicznie kontaktowali się ze schroniskiem i powiedziano im, że ten futrzak to pies, a nie suka i adopcja była odwlekana. Tak, to była suka, nie zmieniła płci. Nie mam pojęcia czy w końcu ją adoptowali. Miasto dawało pieniądze za każdego psa, więc liczyły się jedynie pieniądze, a nie psy. Bo to tylko psy. Kiedy jeszcze byłam wolontariuszem, właśnie tę pracownicę poprosiłam o pomoc w zapięciu psów, które chciałam wyprowadzić na spacer, na smycz, ponieważ strasznie przepychały się, gdy otwierało się drzwi boksu, a ja nie chciałam ryzykować, że uciekną. Pożałowałam w momencie, kiedy kobieta wchodząc do boksu zaczęła się wydzierać na psy i bić je po głowie workiem z sianem. Innym razem dostałam od niej na spacer psa, z którym nigdy wcześniej nie spacerowałam, bo był raczej nowym nabytkiem w schronisku. Spacer nam minął bez problemu, dopiero rok później dowiedziałam się, że ten pies jest agresywny zarówno do napotkanych ludzi, jak i zwierząt, więc gdybyśmy kogoś spotkali mogłoby się to skończyć pogryzieniem, a dawanie go na spacer komuś, kogo w ogóle nie zna było skrajnie nieodpowiedzialne.


Są schroniska, w których ludziom zależy na zwierzętach, znalezieniu im domów i zapewnienia jak najlepszych warunków bytowych. Tam każdy wolontariusz jest na wagę złota, a zdrowie czworonogów jest warte wydawania pieniędzy. Ale są też takie, w których kolejny pies = kolejne pieniądze na koncie. Pytając o skojarzenia, o których wspomniałam na górze, usłyszałam "łańcuchy", więc zapytałam dlaczego akurat one. "Bo w mojej wsi jest schronisko i tam psy trzymane są na łańcuchach" - taką odpowiedź otrzymałam. Dla mnie przerażające jest to, że mamy rok 2017, a ludzie nadal nie widzą w takim traktowaniu psów nic złego. Byłam pewna, że era takich schronisk już przeminęła, ale najwyraźniej nie mogłam się mylić bardziej. Pieniądz i własne dobro ponad wszystko - te dwie rzeczy dla niektórych były, są i zawsze będą najważniejsze, chociażby niebo zaczęło się nam walić na głowy.

Dla tych czworonogów liczy się każdy kontakt z człowiekiem. Każdy spacer, każde wyjście poza teren schroniska jest okazją do odetchnięcia i nacieszeniem się chwilą. Oczywiście, że karma jest bardzo ważna, i jeżeli tylko macie możliwość dostarczenia jej lub jakichkolwiek innych darów do schroniska to powinniście to zrobić, bo to podstawa i bez tego nie ma mowy o przeżyciu. Ale to właśnie obecność człowieka i możliwość opuszczenia chociaż na chwilę ciasnego boksu bywa dla zamkniętych psów zbawienna. Nie wszystkie psy będą zainteresowane kontaktem z człowiekiem, część z nich nie będzie do niego przyzwyczajona, ale dzięki spacerowi będą mogły eksplorować normalny teren. Spacer. Nic nie kosztuje, a prawie każdy może w taki sposób pomóc. Jeżeli macie okazję - pojedźcie do najbliższego schroniska, zapytajcie o psa do wyprowadzenia, przespacerujcie się z nim. W większości miejsc będą Wam za to wdzięczni. Ja również.


Nie wspomniałam w tekście o fundacjach. Wiadomo, że są "te dobre" i "te złe", jak zawsze. Ale "te dobre" odwalają często kupę dobrej roboty, lecząc psy, socjalizując je i szukając im nowych domów, często wcześniej umieszczając w domu tymczasowym. Nierzadko członkowie dokładają ze swoich pieniędzy do utrzymania zwierząt, poza tym przeważnie utrzymują się z datków ludzi, którzy mają możliwość takiej pomocy. Sama jestem w tej chwili w wyjątkowym ośrodku adopcyjnym, który powstał tylko i wyłącznie dzięki niesamowitemu uporowi założycielek. Starają się zapewnić psom jak najlepsze warunki, poświęcić każdemu wystarczająco dużo czasu. Każdy futrzak ma zapewnioną dobrą opiekę lekarską oraz pomoc. Psy dogadują się między sobą, szanują siebie na wzajem, czego w schroniskach często nie ma, bo do boksu wrzucone zostają m.in. dwa nieznające się psy i jeżeli przy tym nie dojdzie do pogryzienia - zostawiane. Wszystko powstało z inicjatywy m.in. behawiorystki, o której wspominała kilka razy. Jeżeli chcielibyście śledzić życie ośrodkowych psów to zapraszam tutaj [klik].

Nie bójcie się pomagać. Jakąkolwiek możliwość macie, wykorzystajcie ją. Dla psów (i oczywiście nie tylko) w schroniskach to tak wiele, a dla Was może być satysfakcja z pomocy innym.
Dziękuję.

Ten post bierze udział w konkursie organizowanym przez blog whippetzpasja.blogspot.com, w którym sponsorami są: PupiLu, Aptus, Skład Karmy oraz SpeedMania.



11:50

PKS, PKP i pies

PKS, PKP i pies
Święta, święta i po świętach. Nie będziemy składać spóźnionych życzeń, ale razem z białym mamy nadzieję, że spędziliście je razem na aktywnych (albo i nie) spacerach i wspólnym odpoczynku!
My w tym roku na ten tydzień wolnego wybraliśmy się w odwiedziny do rodziny i chcąc nie chcąc musieliśmy skorzystać z podróży pociągiem i autobusem. Trasa nie była krótka, bo czekało nas ponad czterysta kilometrów do pokonania i była to jedna z najdalszych wycieczek Wilsona. Wcześniej taką drogę przejeżdżaliśmy jedynie samochodem, więc martwiłam się trochę jak biały ją zniesie. Podróż w jedną stronę wyglądała tak: cztery godziny jazdy autobusem, chwila przerwy i trzy godziny pociągiem. Wcześniej chyba z piętnaście razy przejrzałam regulaminy przewoźników, żeby upewnić się, że w połowie drogi nie usłyszę "z psem Pani nie wpuszczę, do widzenia". Jak udało nam się przeżyć "wycieczkę"? Zapraszamy do lektury!


PKS
Pierwszy, czterogodzinny odcinek trasy mieliśmy do przejechania właśnie autobusem. Tutaj, jeżeli chodzi o przewóz psa, informacji trzeba szukać w regulaminie przewozów na stronie przewoźnika. Z prywatnymi przewoźnikami (szczególnie jeżeli chodzi o busy) bywa różnie, ale na stronie pks'ów najczęściej w regulaminie pojawia się zapis:

"W autobusach Przedsiębiorstwa Komunikacji Samochodowej w /tutaj miasto/ dopuszcza się przewożenia zwierząt domowych w rozumieniu przepisów o ochronie zwierząt. 

Zwierzęta powinny być przewożone na kolanach pasażera w specjalnych pojemnikach przeznaczonych do ich transportu lub jeżeli są to psy, powinny być przewożone na podłodze autobusu w kagańcach i na smyczy. Przy zgłaszaniu zwierząt do przewozu należy okazać kierowcy dokument potwierdzający aktualne obowiązkowe szczepienie lub świadectwo zdrowia, zgodnie z odpowiednimi przepisami dotyczącymi zwalczania chorób zakaźnych zwierząt. Opłata za przewóz zwierząt równa jest cenie biletu bagażowego. 
Wyjątek stanowią psy – przewodnicy towarzyszący osobom niewidomym oraz małe zwierzęta pokojowe oraz ptaki o wadze do 1 kg (jeżeli nie są uciążliwe z powodu woni lub hałasu i są zabezpieczone przed wyrządzeniem przez nie szkody), przewożone na kolanach pasażerów w specjalnych pojemnikach wymaganych do przewozu zwierząt (nie zajmujących osobnego miejsca) lub w miejscach przeznaczonych do przewozu bagażu podręcznego, opłata za ich przewóz nie jest pobierana. Kierowca ma prawo odmówić przewozu zwierzęcia, jeżeli zagraża to bezpieczeństwu pozostałych pasażerów."

Jadąc na dworzec kaganiec miałam przypięty do ramiączka od plecaka, a książeczkę zdrowia naszykowaną na wierzchu w kieszonce. Kierowca nie poprosił ani o książeczkę, ani o założenie psu kagańca, więc Wilson jechał bez - z tyłu autobusy siedział jeszcze jeden psiak, również bez kagańca. Za psa zapłaciłam około szesnastu złotych, za swój bilet na tej trasie dwa razy tyle. Na początku biały się trochę kręcił i chciał koniecznie zwiedzić autobus, po kilkunastu minutach uspokoił się jednak i położył pod moim siedzeniem. Resztę drogi grzecznie przeleżał, przez chwilę chyba nawet spał, a ja w spokoju mogłam poczytać książkę. Kilka dni później wracaliśmy pks'em ten sam odcinek trasy, ale jechaliśmy już z innym przewoźnikiem i kierowca jasno powiedział, że psu najpierw mam założyć kaganiec, a dopiero później mogę wsiąść z nim do środka. Za bilet futrzaka zapłaciłam mniej więcej taką kwotę jak poprzednio. Tu muszę go pochwalić, że podróż zniósł dzielnie - praktycznie cały czas leżał i nie zwracał na nic uwagi, a ja mogłam odpocząć i nie martwić się o nic, bo fizycznie czułam się fatalnie. Dojechaliśmy do domu, zakopaliśmy się pod kołdrą i poszliśmy spać. 

PKP
I w jedną, i w drugą stronę pociągiem jechaliśmy prawie trzy godziny. Pierwsza podróż miała ten plus, że wysiadaliśmy na przedostatnim przystanku po dziesiątej wieczorem, więc większą część trasy pociąg był praktycznie pusty. Wilson grzecznie leżał większość podróży, pod koniec nawet zwinął się na mojej kurtce i udawał, że śpi. Konduktorka jak zobaczyła psa uśmiechnęła się i nie wspominała o kagańcu, który też w razie czego mieliśmy w pogotowiu. My akurat jechaliśmy pociągami intercity, więc nie wiem jakie zasady obowiązują u innych, ale na ich stronie w odnośniku "przewóz rowerów, rzeczy i zwierząt" w widocznej na stronie głównej zakładce "Dla Pasażera" czytamy:

"Bezpłatnie podróżny może przewieźć pod swoją opieką małe zwierzęta domowe (w tym również psy), pod warunkiem, że nie są one uciążliwe dla w współpodróżnych (np. z powodu hałasu, zapachu itp.), zaś przewożone zwierzęta umieszczone są w odpowiednich pojemnikach. Jeżeli nasz czworonożny przyjaciel nie mieści się w specjalnym pojemniku – wówczas należy kupić dodatkowy bilet na przewóz psa. Opłata w takim przypadku wynosi 15,20 złotychPamiętajmy, że jeżeli współpodróżni zgłoszą sprzeciw z powodu umieszczenia w przedziale zwierzęcia, podróżny powinien zająć miejsce wskazane przez konduktora."
"Pełnoletni Podróżny może przewieźć odpłatnie, pod swoją opieką jednego psa, który nie jest umieszczony w pojemniku pod warunkiem, że: 
1) pies jest trzymany na smyczy i ma założony kaganiec, z zastrzeżeniem §26 ust. 11; 
2) posiada ważny bilet na przewóz psa, z wyjątkiem psów przewodników oraz aktualne zaświadczenie o szczepieniu psa przeciwko wściekliźnie. 
W regulaminie wymienione są też miejsca, w których pies nie powinien przebywać: na siedzeniu, w wagonie gastronomicznym i na miejscach do leżenia w wagonach sypialnych. Tak naprawdę nic strasznego, a mimo wszystko i tak denerwowałam się przed pierwszą jazdą, chociaż wcześniej widziałam już mnóstwo ludzi z psami w pociągu. W zeszłym roku jechałam nawet w pociągu z kobietą prowadzącą kota na smyczy.
W drodze powrotnej nie mieliśmy na tyle szczęścia i połowę trasy przesiedzieliśmy na korytarzu, bo nie kupiłam wcześniej biletów i nie było miejsc. Nie było strasznego tłoku, więc Wilson też przeleżał większość czasu nie zwracając na nic uwagi; wstawał tylko w momencie, kiedy było słychać przejeżdżający obok pociąg. Jako właścicielka małego psa jestem przyzwyczajona, że ludzie bez pytania biegną go pogłaskać, bo przecież "jest mały, to z pewnością nic nie zrobi" albo "ich psy lubią", a jadąc przeżyłam miłe zaskoczenie - chłopak zanim w ogóle wystawił rękę zapytał czy może Wilsona pogłaskać, a kiedy zobaczył, że pies się od niego odwraca i nie chce być głaskanym to od razu przestał. Dla mnie to było miłe zaskoczenie, bo jestem w stanie na palcach obu rąk policzyć ile razy ktoś w ogóle poprosił o moją zgodę, a to przecież tak niewiele.

Cieszę się, że biały tak dzielnie zniósł tę podróż, bo tego bałam się najbardziej. Nie licząc już samych przejazdów, jadąc na święta spóźniliśmy się na pociąg i ponad dwie godziny czekaliśmy na następny. Z dworca nie bardzo nawet mogliśmy się gdzieś ruszyć, pochodziliśmy chwilę tylko po pasie zieleni obok i szybko wróciliśmy do budynku, bo, delikatnie mówiąc, lało. Kręciło się tam sporo ludzi, więc Wilson był trochę zainteresowany, trochę zestresowany nową sytuacją, ale grzecznie siedział obok. Potem wszystko poszło sprawnie i szczęśliwie wyszliśmy z całego zamieszania. Ten wyjazd pokazał mi, że nie mam się czego bać i planując dalsze wypady nie muszę się martwić, że psiak źle zniesie drogę.
A Wy jak spędziliście święta? I jakie macie doświadczenia w podróży ze swoimi czworonogami? Jeżeli Wasze psy sprawiały w czasie jazdy problemy, jak sobie z nimi poradziliście? Dajcie nam znać!


Copyright © 2016 West Wilson , Blogger